>>>RokPolski-Wrzesień

Wojciech Goniowski  
in Rok Polski

Rok Polski; Wrzesień

MIESIĄC POGODY I KLĘSKI

Do niedawna słowo „wrzesień" budziło w umyśle każdego Polaka skojarzenia pełne słodyczy i barwy. Zieleń ustępująca miejsca purpurze i złotu, perlista biel obfitych ros rannych, niezmącenie modre niebo, fiolet śliw, granat jeżyn, rumieńce jabłek, czerwień pomidorów, kaliny, jarzębin, sady pełne zapachu owoców, brzęk os nad gruszkami, woń pietruszki i selerów niosąca się z warzywników - to wrzesień. Lasy zakwitające płomieniem albo koralem, błękitne dymy ognisk pastuszych snujące się ponad sczerniałe łęciny ziemniaczane; w młodych dębinach, zagajach świerkowych urodzaj rydzów dorzucających swą jaskrawość do ogólnej złocistości, pod strzechami chat nad przyzbą pęki liści tytoniowych, makówek i żółte kolby kukurydzy - to wrzesień. Na ścierniach sterty, w jednych stronach Polski okrągłe jak baszty, w innych podobne stodołom. Nad polami błogosławieństwo dosytu, pogoda i cisza dokonanych zbiorów.

Jakby znęcone krasą swojej ziemi, skupiły się wokół września polskie Sługi Boże. Pierwsza, wdzięczna dzieweczka, Bronisia Odrowążówna, z rodu, który dał Kościołowi dwóch Świętych, a ona trzecia. Piętnastoletnia młódka słuchając powieści o stryjecznym bracie, przez obcych zwanym Hiacynthus, a przez swoich Jacek, przy wielkim świętym Dominiku żyjącym jak syn przy ojcu, postanawia iść jego śladem i śladem brata, błogosławionego Czesława. Oni będą mocnymi dębami, ona niską macierzanką. Oni - heroldowie Pana Najwyższego, ona - służebnica pokorna. Placem ich Bożego turnieju będzie szeroki świat, a jej - zacisze klasztorne.

Cnoty Bronisławy Odrowążanki przez długie lata napełniają wonią klasztor Panien Norbertanek w Krakowie na Zwierzyńcu. Opatrzność przeznaczyła jej być ksienią w straszne lata pierwszego i drugiego najazdu Mongołów. Legenda ukazuje nam błogosławioną Bronisławę ukrywającą się z siostrami w leśnym eremie. Ktoś zdradził kryjówkę. Tatarzy wyjąc z uciechy otaczają strwożoną gromadkę. Wtedy Bronisława uderza pastorałem w skałę, która rozwiera się na jej rozkaz, jak na wezwanie Mojżesza, ukazuje czarną czeluść, wchłania zakonnice z ksienią, zawiera się znowu. Nim szczelina zdąży zarosnąć, osłupieni poganie słyszą śpiew dziękczynny dolatujący z żywego grobowca, zwanego odtąd Panieńskimi Skałami.

I po dziś dzień utrzymuje się wieść, że w wielkie święta słychać przez skały ów śpiew Norbertanek. Niby responsorium, po siedmiuset latach odpowiadają im głosy Panien Sakramentek, co ofiarowawszy Bogu życie za ocalenie Polski - zostały pogrzebane żywcem w ruinach swego klasztoru w Warszawie, w sierpniu 1944 roku.

... Błogosławiona Bronisława... Błogosławiony Melchior Grodziecki, Ślązak, okrutnie umęczony za wiarę... Błogosławiony Ładysław z Gielniowa... Ten ostatni, dziecko ziemi sandomierskiej, uczeń świętego Jana Kantego, poeta, którego pieśni religijne są po dziś dzień w kościołach śpiewane - jest szczególnym opiekunem Warszawy.

Tu spędził kilkadziesiąt lat swego życia, tu nawiedzał chorych i wspomagał ubogich, tu co niedziela przemawiał z ambony w kościele Świętej Anny na Krakowskim Przedmieściu (zwanym wówczas Bernardyńskim Przedmieściem). Żarliwością słowa sprawiał, że dusze słuchaczy drżały jak liście, zapominały o wszystkim, co ziemskie, dążąc jedynie ku Bogu. W tymże kościele w czasie kazania, w obecności książąt mazowieckich, Janusza i Anny, oraz licznego tłumu, widziano kaznodzieję (a był już wtedy stary i bardzo sterany, podobniejszy do cienia niż do żywego człowieka), jak mówiąc o miłości Bożej, nieogarnionej, niezgłębionej, rozpalił się dusznie i nagle snadź ujrzał Niebo otworzone, bo krzycząc radośnie: „Jezu! Jezu! Jezu!" - począł wznosić się ku górze. Porwali się wszyscy z ław, wstrzymując dech z trwogi, on zaś dźwigał chudą postać, podnosił ramiona, jakby wciągany siłą, i niósł się wyżej a wyżej. Ujrzano jego stopy w zniszczonych chodakach wysoko ponad poręczą ambony, niebawem sięgnie sklepienia... Nie sięgnął. Zwiotczałe ciało przestało nadążać za duchem i wpół przełamane runęło z powrotem. Rzucili się wierni podnosić, cucić. Posłyszeli jeszcze szept: „Jezu... Jezu... Jezu..." - po czym głos zamarł, a duch ku Niebu uleciał.

Śmierć nie oddaliła Ładysława od Warszawy, owszem, zespoliła go z nią ściślej. Ilekroć miasto nawiedzały klęski, morowa zaraza, najazdy szwedzkie, widywano Bernardyna od Świętej Anny, modlącego się w powietrzu na łuku obłoków, czasem na kamiennych schodkach wiodących ku Wiśle lub na przedmieściu Rybaki. Widok błogosławionej zjawy zwiastował zawsze koniec dopustu Bożego, więc uradowani ludzie zwierzali się sobie wzajem: „Widzieliśmy Ładysława..."

Wielkim zdarzeniem września są odloty ptasie, sygnał zamknięcia pewnego etapu życia i pracy, swoiste „memento mori" ziemi. Rolnicy, nie opuszczający nigdy swojego zagona, patrzą z niepokojem na instynkt wędrowny, budzący się nagle wśród codziennych towarzyszy - ptaków. Z pośpiechu albo powolności zbiórek, ich przebiegu, liczby uczestników zamorskiej podróży wróżą nie tylko o rychłym nadejściu i srogości zimy, lecz o wypadkach ogólnych. Nie są w tym odosobnieni. Wróżby związane z ptakami były powszechnie stosowane w starożytności. Jeżeli legie rzymskie udając się na wyprawę zabierały ze sobą kurczęta, by z ich zachowania wnosić o przebiegu bitwy - cóż dziwnego, że polska Maryśka lub Kaśka, oczekując dziewosłębów, rachuje wrony, liczba ich parzysta czy, broń Boże, nieparzysta? Śledzi z niepokojem chmurę szpaków kołującą nad polem: przeleci z lewej na prawo czy z prawej na lewo?

Odloty ptasie ... Już pod koniec sierpnia apel jaskółek gromadził stare i młode na drutach telegraficznych. Równocześnie manewry bocianie odbywały się na łąkach, z krwawą eliminacją słabych lub kalekich członków bocianiej gromady. Teraz, we wrześniu, na bezchmurnym niebie rysują się czarne krzyżyki odlotne, ułożone w eskadry i klucze. Z wysoka dolatuje na ziemię klangor żurawi jak rzucona stronom rodzinnym waleta. Gdy pod chmurami przelatują dzikie gęsi, ich swojskie siostrzyce biją bezsilnymi skrzydłami, podlatują krzycząc przez całe obejście od chlewu do stodoły i tam opadają. Dzikie przeleciały - pragnienie wolności nagle rozbudzone gaśnie.

Dziwne są odloty ptasie. Pozornie, zdawałoby się, nic prostszego. Ptaki nie znoszące zimy chronią się przed jej nadejściem w cieplejsze strony. Nieprawdaż? Lecz relacje naukowców, poświęcających życie badaniu wędrówek ptasich, brzmią fantastycznie jak bajka. Nie rozsądek lub instynkt praktyczny kieruje rzeszami ptasimi. Nachodzi je mus. Zjawia się moment, w którym przestają być sobą, niefrasobliwymi poszukiwaczami jadła, walczącymi o swój byt. Nieznana wola obejmuje ster rzeszy, czyniąc z niej całość wzajemnie odpowiedzialną. Stąd ta surowa selekcja przygotowawcza, te przeglądy i apele. W normalnym stanie cóż by obchodziło zwykłego ćwierkacza, czy drugi ćwierkacz doleci lub nie doleci? Słabsi niech giną - ich rzecz. Lecz w tym wypadku, z tych, które wyruszą, żadne nie śmie odpaść po drodze. Poczucie wspólnoty sprzęga je w jeden organizm, który pruje przestworza, trawiony gorączką pośpiechu. Podobno w locie tym, wynoszącym tysiące kilometrów, ptaki nie przyjmują pożywienia. Gdy dla noclegu opadną na drzewa albo wyniosły szczyt skalny, można ujrzeć nocujące pospołu wszelkie rodzaje ptactwa. Wielkie drapieżniki, mniejsze drapieżniki i drobiazg śpiewaczy, będący zwykle upragnionym łupem poprzednich, siedzą obok siebie bez trwogi ni chęci agresji, związane powszechnym zawieszeniem broni. Niektórzy uczeni przypuszczają, że ptaki w tym okresie ulegają prądom magnetycznym ziemi i pozostają w pewnym rodzaju hipnozy. Nie mniejszą zagadkę stanowią trasy odlotów. Ptaki nie lecą najkrótszą drogą, nakładają lotu, jak gdyby okrążając niewidzialne przeszkody, co wzbudziło hipotezę, że kierują się granicami nie istniejących już dziś gór i mórz. Posiadają kilka wielkich szlaków, nielogicznie w naszym pojęciu przydzielonych. Z takiej to Wólki ptactwo leci przez Bałkany na Suez, a z innej wioski, bardziej na wschód położonej - Przełęczą Dukielską na Sycylię do Tunisu. Raz ustalony porządek nie bywa nigdy zmieniany. Dopiero po przybyciu do celu opada z rzeszy ptasiej obręcz uniesienia. Wędrowcy stają się na nowo normalnymi przedstawicielami swego gatunku, żyją zwykłym ptasim życiem, do chwili gdy niepojęte przeczucie naznaczy im porę powrotu i sprzęgnie znów w jedno ciało, tysiącem skrzydeł bijące oporne powietrze.

Takie zatem, a nie inne - i jakże pogodne - były do niedawna skojarzenia budzące się w umyśle polskim przy wspomnieniu września. Od dnia 1 września 1939 roku tamte wrażenia zapadły w niepamięć. Odtąd dla każdego Polaka, gdziekolwiek by się znajdował, wrzesień jest miesiącem klęski.

... Wrzesień...

Przez wyzłocony słońcem krajobraz tysiące zbiegów wędruje na wschód dziwacznymi taborami, gdzie chłopskie konie ciągną auta bez paliwa, wozy zaprzężone w krowy pośród morza pieszych. Wędrują, mijając po drodze żałosne szczątki zdruzgotanej państwowości polskiej w postaci uciekającej policji lub straży ogniowych. Wędrują ludzie obłąkani z rozpaczy, ludzie skowyczący z bólu jak zwierzęta, ludzie padający na szosie zamienionej w krwawe pobojowisko przez nurkujące nisko samoloty nieprzyjaciela. Wędrują dzieci płaczące, gdyż zgubiły w zamieszaniu rodziców, rodzice odchodzący od zmysłów, gdyż zgubili dzieci, żołnierze bez broni, bez oddziałów. Pożary na prawo, pożary na lewo, łuny na wprost, zatarasowane drogi, a ponad wszystko, silniejsze niż ból i trwoga, poczucie,  że Polska zginęła...

.. .Wrześniu, kto ciebie widział w owym kraju...

Tysiące oszalałych ludzi wędruje na wschód, tysiące wraca na zachód. Świat się kończy, zapada, gdy cofają się nazad w ręce tego samego nieprzyjaciela , przed którym pierzchli. Zdarzało się, że w tej ucieczce od ucieczki docierali do brzegu rzeki, pięknej polskiej rzeki Wieprz. (Wieprz był niegdyś bóstwem opiekuńczym wód, przeto dostojna nazwa wyróżniała ten bieg wody spośród innych bystrzyc, pilic.) Stanęli nad brzegiem w miejscu, gdzie był bród dzięki niskiej wodzie, a na drugim brzegu na drągach rozpięta widniała płachta z olbrzymią czarną sfastyką. Zabrakło już ojczyzny pod stopami. Już nie znajdziesz, Polaku, skrawka swojej ziemi, na której czułbyś się wolny. Nawet tyle co na grób. W niewysłowionej rozpaczy wołali, jak niegdyś ksieni Bronisława: „Wzgórza, otwórzcie się i pochłonijcie nas!" Modlili się, by ulecieć w górę, jak ulatywał błogosławiony Ładysław. Lecz święci milczeli i ziemia milczała.

Tylko modrzyło się pogodne niebo, błękitniała rzeka, bielił się piasek nadbrzeżny, a zarośla płonęły czerwienią i złotem. Przyroda zdawała się nie wiedzieć nic o narodzie, który konał w męce.

Potem zaczęły się wyraje ludzi, podobne odlotom jesiennym ptactwa. Choć poeci lubią porównywać człowieka do ptaków („gdybym ja była ptaszkiem z tego gaju..." - „gdyby orłem być..."), jest między nimi ta zasadnicza różnica: ptak odlatuje i wraca; człowiek, gdy się od ziemi oderwie - nie wróci. Tułacz podobien jest raczej drzewu wyrwanemu z gruntu, rzuconemu w przestrzeń siłą wybuchu, usycha bowiem jak drzewo.

Ptaki wracają. Bocian ląduje na swym starym gnieździe. Jaskółki świergocą pod tą samą strzechą, co osłaniała je zeszłego lata. Żurawie zapadną na opuszczone w tamtym roku oparzele. Skowronek, sygnaturka wiosny, zadzwoni nad głową rolnika o właściwej porze, a ludzie, zali powrócą?...                                                                                                               

Czy stanie się jak w Mickiewiczowskiej pieśni o żurawiach przelatujących nad dzikim ostrowem, co słysząc zaklętego chłopca skargę głośną, rzuciły mu pióra, by skrzydła zrobił i do swoich wrócił? Czy też, widząc ciągnące do kraju klucze dzikich gęsi, wygnańcy tłuc się będą bezradnie po obcych podwórkach, nie mając już siły do lotu?

Jeśli zaś wrócą po latach, czy swoich poznają i będą przez nich rozpoznani? Może jedni i drudzy okażą się inni, niż byli w chwili rozstania? Ślady zarosła trawa zapomnienia i nikt wygnańców nie czeka? Bo istotą życia jest ciągła przemiana. Czas odpływa, unosi, przekształca i co minęło - nie wraca.

Zofia Kossak, „Rok polski. Obyczaj i wiara”

Odsłony: 1400