>>>RokPolski-Styczeń

Wojciech Goniowski  
in Aktualności

"Rok polski. Obyczaj i wiara" Zofii Kossak - to polskie zwyczaje i tradycje związane z mijającym czasem, od stycznia do grudnia, ukazujące cykliczność, ale też upływ czasu.

Kolejne rodziały bedą sie ukazywać na początku kolejnych miesięcy przez najblizszy rok. Zapraszamy do lektury

Rok Polski; Styczeń

NARODZINY CZASU

Przyczyna, dla której styczeń nazywa się styczniem, nie została dotychczas odnaleziona. Mówiono niegdyś, iż miesiąc otrzymał to miano od styku, zetknięcia się starego i nowego roku. Twierdzenie utraciło dawno kredyt i zostało umieszczone obok rewelacyjnych objaśnień osiemnastowiecznych w rodzaju: gdy Adam z Ewą wędrowali po ziemi wygnania, pełen goryczy mężczyzna rzekł szyderczo do winowajczyni: „Graj, Ewo, graj, Ewo!" I stąd powstało Grajewo, gdyż gorzka wymówka została wypowiedziana w miejscu, gdzie sławetne to miasto wzniesiono.

Potem przypuszczano, że styczeń pochodzi od tyczenia wiechami dróg zawianych śniegiem. Ta wersja, choć nieco prawdopodobniejsza, budzi również wątpliwości.

W czasach gdy szczepy słowiańskie dawały nazwy miesiącom, zamieszkałe przez nie ziemie pokrywał przeważnie las. Wiechy na śniegu to atrybut stepu, szerokich, płaskich rozłogów. Któż zresztą w owym czasie wyruszał zimą z osiedla? Któż dbał na tyle o ewentualnego, jakże rzadkiego wędrowca, by znaczyć mu drogę tykami? Nazwa stycznia łączy się zapewne z jakąś czynnością gospodarczą wykonywaną w tym czasie, względnie też z narzędziem do tej czynności służącym: jedno i drugie gruntownie zapomniane. A styczeń został. Podobnie wyszło z użycia słowo: parst (palec), lecz zachowało się - naparstek.

Nie wiemy, co znaczy styczeń, za to wiemy, dlaczego obchodzimy uroczyście Sylwestra. Stare przepowiednie, zwane proroctwami Sybilli, określały rok tysiączny jako datę końca świata. Apokalipsa, pojmowana zbyt dosłownie, zdawała się je potwierdzać. Według starych legend, w roku Pańskim trzysta siedemnastym papież święty Sylwester I pojmał smoka Lewiatana, zapieczętował mu paszczę pieczęcią Rybaka i obezwładnionego zamknął  w lochach Lateranu. Lecz gdy nadejdzie fatalny tysiączny rok, Lewiatan wyjdzie z ukrycia, pożre świat, zapali niebo. Wierzono w to tak ogólnie, że młodziutki papież Grzegorz V, umierając w roku 999, radował się, iż nie dożyje straszliwego dnia.

Niepokój wzrósł, skoro po Grzegorzu V na tron papieski wstąpił mnich benedyktyński, Gerbert, powszechnie uważany za czarnoksiężnika. Studiował dzieła arabskie, a w swojej celi budował dziwaczne maszyny, które - zdaniem wielu - mogły przynieść tylko zgubę. (Czy wrodzona ludzkości nieufność do maszyn nie była przeczuciem?) Co gorsza, nowy papież przyjął imię Sylwestra II. Groźne skojarzenie! Sylwester I uwięził Lewiatana, Sylwester II go zwolni.

W miarę jak nadchodził koniec roku, przerażenie rosło. Zbiorowa psychoza, zwana przez historyków kryzysem milenium. Lecz o północy 31 grudnia, gdy poczęły bić wszystkie dzwony w Rzymie, Lewiatan nie wyrwał się z lochu, niebo nie gorzało. Na balkonie pałacu laterańskiego oświetlony pochodniami ukazał się papież, błogosławiąc światu i miastu na nowe, długie wieki.

Odprężenie, ulga, radość, równie silne jak przedtem obawa, upamiętniły tę pierwszą noc sylwestrową. Życie, które miało zgasnąć, a zostało darowane, czas, który miał sczeznąć, a trwał nadal, zdały się czarodziejsko piękne, przynosząc samo dobro.

Machiną, którą w wolnych chwilach budował Sylwester II, był zegar. Pierwszy zegar znanego nam typu. Co prawda od wieków znano na Wschodzie czasomierze - klepsydry o skomplikowanej budowie, których motorem była woda albo ogień. Woda podnosiła względnie opuszczała szale, na których spoczywały kościane lub metalowe gałki. Gałka spadając wydawała dźwięk, zwiastujący minięcie godziny. Płomienie świec różnej wielkości przepalały sznury znaczone węzłami, węzeł odpowiadał godzinie. Lecz zegar uczonego papieża posiadał wahadło i wagi, a choć ruchoma tarcza krążyła wokół nieruchomej wskazówki, mechanizm był zasadniczo ten sam co naszych starych zegarów. Czas odzyskany, darowany, stawał się czasem mierzonym.

Dotychczas był bogatym, hojnym panem, udzielającym się obficie każdemu. Nikomu czasu nie brakowało. Dzielono dobę na jutrznię, południe, zmierzch, północ i ten podział zupełnie wystarczał. Od dnia wynalazku Sylwestrowego czas począł z każdym wiekiem przyspieszać kroku, dzielić się na cząstki coraz to drobniejsze, aż z błogosławionego daru Bożego stał się tym, czym jest dzisiaj: tyranem skąpym, wiecznie niecierpliwym, gnającym ludzi bez odpoczynku od kołyski aż do śmierci.

Odblask Bożego Narodzenia pada na styczeń, wprzęgając go w radość wigilijną. Niecodzienne postacie zaludniają polską wieś w tym okresie. Najpierw gwiazdorze. Małe chłopaki z gwiazdą migocącą z daleka między ośnieżonymi opłotkami. Są dumni, i słusznie, bo czy to łatwo sporządzić gwiazdę tak chytrze, żeby była wielka, cudna, wielobarwna i za pociągnięciem sznurka wirowała wokół płonącej świeczki? Wcale niełatwo. Za gwiazdorzami nadchodzą starsi kolędnicy z turoniem czy kozą. Turoń, koza. Śmieszne poczwary wypełzłe z przeszłości tak starożytnej, że aż dech zapiera. Zdaniem kronikarzy, ostatnie tury wybito w Polsce w XVI wieku i dziś nie wiadomo dokładnie, jak wyglądał ten krewniak żubra, od potężnego brodacza nieco mniejszy, ale silniejszy i dzikszy. Tymczasem wieś polska pamięta tura nie jako rzadką zwierzynę łowów królewskich, lecz z czasów, gdy groźny czarny byk był zjawiskiem częstym, powszechnie znanym, plagą zasiewów i stad. Któż dziś wytłumaczy, dlaczego lnianowłosy wyrostek mazurski wciąga na głowę pokraczny rogaty łeb, wdziewa kożuch wywrócony kudłami do góry i rycząc nieludzko straszy dzieci? Dlaczego koza podobna żyrafie, z kłapiącą drewnianą paszczęką i długą konopną brodą, podryguje w dziwacznym, obrzędowym tańcu? Uczeni wysuwają totemistyczne teorie, niewiele objaśniające.

A teraz baczność! Na teren wsi polskiej wkracza włoskie średniowiecze, zakonserwowane jak mucha w bursztynie. Mnisi italscy przynieśli je niegdyś do polskich klasztorów, z klasztorów przeszło na wieś. Wieś przechowała ten import bez zmiany. To „herody" i szopkarze.

„Herody" chodzą po wsi, w każdej zamożnej chacie dając przedstawienie. Dekoracje i kulisy tworzy płachta rozpięta na dwóch drągach. Aktorzy: Herod, Herodowy marszałek, śmierć, diabeł, anioł, Żyd, dziad. Kostiumy naiwne, lecz uroczyste, gra pełna przejęcia, teksty nie zmienione od XVIII wieku.

Do wychwalającego własną potęgę Heroda podchodzi frasobliwy marszałek:

Królu Herodzie, zła cię nowina dochodzi:

W Betlejem miasteczku nowy król się rodzi.

Pada rozkaz wymordowania niewiniątek. Po chwili wkracza ponownie marszałek. W ręku ziemniak na patyku.

Królu Herodzie, niedobra nowina:

Niosę na pałaszu głowę twego syna!

Zbrodniczy król rozpacza jękliwie:

Ach, biada, biada, mnie, Herodowi!

Utrapionemu wielce królowi,

Żem ja takiemu czasowi

Złemu popadł kłopotowi!

Śmierć w szarej płachcie, ostrząc kosę, oznajmia cienkim falsetem:

...całą ziemię obłazłam,

Aż cię nareszcie w tym domku znalazłam!

Z woli Bożej dekretuję,

Że ci życia nie daruję.

Ostatnie słowo powiadam

I kosę na szyję zakładam!

Teraz pojawia się diabeł:  

Mój Herodku, za twe zbytki,

Pójdź do pieklą, boś ty brzydki!

Trup króla niknie za sceną. Widownia milczy, przejęta treścią dramatu. Artyści również przez cały czas sztuki zachowywali niezmąconą powagę. Głosy ich były pozbawione intonacji, ruchy skąpe i ustalone tradycją. Przeżywali grę na równi z publicznością. Dopiero ucieszne dialogi Żyda i dziada płoszą nastrój, przywracając wesołość. Należycie ugoszczone „herody" idą do następnej chaty, co młodsza publiczność wyrywa za nimi, by zobaczyć przedstawienie drugi i trzeci, i czwarty, i dziesiąty raz.

Szopki polityczne, szopki literackie przesłoniły w naszej pamięci autentyczną, naiwną szopkę ludową. Możliwości kukiełkowe czyniły ją bogatszą w treści od „herodów".

Widzowie oglądali Najświętszą Rodzinę w stajence, pasterzy, aniołów i ucieczkę do Egiptu. Między sceny religijne wsunięte bywały wkładki o treści frywolnej. „Za górami, za lasami, tańcowała Małgorzatka z huzarami." - „Ubogi majtek puścił się za morze, zostawił swą żonę piękną niby zorze"; wróciwszy po latach, znajduje obejście znacznie zamożniejsze, niźli je zostawił. Pyta żony, skąd jest to, skąd tamto... „Bóg zrządził" - odpowiada za każdym razem niewiasta. Gdy w kolebce zakwili dziecię, marynarz wybucha gniewem: „Moja żono, powiem tobie śmiele, Bóg się w moim domu rozrządził za wiele!"

Ryk śmiechu na widowni. Ulga pożądana po poprzednim dostojnym napięciu. Ale kurtyna zapada, szopkarze zmieniają kukiełki i oto Betlejem wraca. Jadą Trzej Królowie z darami. Znów cisza jak makiem zasiał. Odpocząwszy chwilę na ziemi, dusze nastawiają się na górny lot. Zaprawdę, mnisi średniowieczni przeplatający misteria groteską byli dobrymi psychologami!

Mróz bierze na noc i śnieg chrupie raźno pod nogami kolędników. Mali biegną naprzód, by przyjść pierwsi. Powłóczyste szaty „herodów", dbałość o papierowe skrzydła nie pozwalają trupie prześcigać się z pędrakami. Opodal turoń czerni się na śniegu dziwacznie potwornym kształtem. Kundle wsiowe aż zachrypły od ujadania zza płotów. Gospodynie krają zawczasu placki i szperkę, a nieprzytomne z uciechy dzieci piszczą przeraźliwie, niby bojąc się okropnie.

Wesołe korowody trwają do Trzech Króli włącznie. Święto 6 stycznia zwie się właściwie Epifanią, co znaczy Objawienie Zbawiciela świata. „...Mnóstwo poganów przyjdzie do Ciebie

- zapowiadał prorok Izajasz. - Wielbłądowie prędcy Madian i Epha, wszyscy z Saby przyjdą, przynosząc złoto i kadzidło, a chwałę Panu opowiadając..."

Mesjasz przyszedł na świat nie tylko dla narodu wybranego, którego jest synem, ale dla całej ludzkości. Epifania oznacza uniwersalizm chrześcijański narodzony u progu Stajenki.

W tym dniu kmieć polski pisze święconą kredą na domu inicjały Trzech Króli - K. M. B.

-  przedzielone krzyżykami. Kacper, Melchior, Baltazar. Imiona zaczerpnięte z apokryfu, nie poparte autorytetem Pisma Świętego, lecz wrosłe w chrześcijaństwo nie mniej mocno, jak obecność osła i wołu przy żłobku. Niewprawną, spracowaną ręką nakreślone litery będą przez cały rok chronić obejście od szkody. Na równi z poświęconymi w czasie sumy szczyptami kadzidła i mirry, z gromnicą, palmą i wodą święconą stanowią dzielną obronę przeciw wszelkiemu złu, linę łączącą chatę bezpośrednio z niebem.

Dzień 6 stycznia kończy serię dni wróżebnych, których początek przypada na Wilię. Kto przez ubiegłe dwanaście dni uważał na pogodę, wie już, czego się spodziewać po rozpoczętym roku. Każdy dzień bowiem odpowiadał miesiącowi i jaki był dany dzień, słoneczny, suchy czy mokry, taka będzie aura w odnośnym miesiącu. Niektóre gospodynie, nie dowierzając pamięci, osiągają tę samą wiadomość inaczej: w dzień wigilijny do dwunastu łupek cebuli sypią po troszeczku soli. Nie wcześniej aż na Trzy Króle zaglądają do łupinek. Z niewytłumaczonych przyczyn sprzyjających wróżbom, w jednych łupinach sól pozostaje sucha, w innych okazuje się mokra. W niektórych mokra, aż ciemna - gdzie indziej tylko troszeczkę wilgotna. Można stąd z całą pewnością przewidzieć pogodę.

Równocześnie z Epifanią, jako jej wspaniałe dopełnienie, Kościół obchodzi pamiątkę chrztu Chrystusa Pana w Jordanie. Znów dwugłos ziemi i nieba. Mędrcy świata, monarchowie, oddają hołd Dzieciątku narodzonemu w stajence. Ono w żłobie nie ma tronu i berła nie dzierży, a proroctwo Jego zgonu już się w świecie szerzy, niemniej składają Mu dary, jako Bogu Jedynemu. Nadejdzie czas, gdy Głos zabrzmi z wysokości: „Ten-ci jest Syn mój miły, w którym sobie upodobałem" - przytwierdzając hołd złożony przez królów-mędrców.

Kościół prawosławny tę właśnie pamiątkę uważa za święto największe i zwie je popularnie „Jordanem". Na wschodnich ziemiach Polski „Jordan" obchodzono uroczyście i malowniczo. Na zamarzniętej tafli jeziora czy stawu rąbano szeroką przerębel. Wydobyte bryły lodu służyły do budowy ołtarza, migoczącego w słońcu, jakby był z kryształu, przystrojonego zielenią świerczyny. Z cerkwi wychodziła procesja tłumna, chorągwiana, barwna. Pop brodaty, w złotolitej kapie, diak z głębokim basem, białe kożuchy przepasane krasnymi pasami, czerwone i żółte buty, jaskrawe chustki, złociste ikony, iskrzący śnieg, trzaskający mróz, kolumny pary unoszące się z ust ku blademu błękitowi nieba. Kiedy święcenie wody zbliża się do końca, baby poczynają chichotać, dziewczęta, niby to zawstydzone, zasłaniają twarze, lecz spod zapasek ciekawie zerkają. Bo ledwo pop uczyni ostatni znak krzyża nad wodą, jeden parobek, drugi, trzeci, szósty i dziesiąty zrzucają odzienie, wyskakują z butów i - buch! do przerębli. Pluska lodowata woda. Każdy z zuchów zanurza się trzy razy z głową, po czym czerwony niby rak, dymiący jak zgoniony koń, wyłazi na lód, narzuca kożuch na gołe ciało, wzuwa buty i - hajda, pędem do chaty. Za nim zadowolona Frasyna czy Paraska, matka lub żona, zbiera resztę odzienia i biegnie, by junakowi, leżącemu już na piecu, podać kwaterkę gorzałki.

Uroczystość na stawie trwa długo, choć zamilkły śpiewy, a „batiuszka" asystuje już tylkow charakterze widza. Wyrostki tłuką wodę gałęziami, gdyż mróz momentalnie ją ścina.Teraz starsi gospodarze, zachęceni przykładem młodych, skaczą również w przerębel, rozumiejąc, iż tą kąpielą osiągają cel podwójny: uczczenie Chrystusa Pana i zapewnienie sobie na rok zdrowia. O zmroku cała wieś podolska czy wołyńska trzęsła się od śpiewów, pohukiwań czy radosnej wrzawy. Radość częstokroć zmieniała się w kłótnię. Nazajutrz rano mawiano z uznaniem, że udał się „Jordan", bo tylu a tylu miało łby rozbite.

Uroczystość Trzech Króli zamyka okres Godów. Stroje „herodów" wędrują do skrzyni. Na dno skrzyni świadomości odchodzi również opowieść o cudownej Nocy, gdy wilk jagnięciu był bratem. Uciecha trwa nadal, lecz zupełnie inna. Hulaszcza, ziemska. Zapusty. Świeżo rozpoczęty rok nie zdążył jeszcze przysporzyć rozczarowań i chodzi w glorii bogatych obietnic. Co się dotychczas nie udawało, uda się niechybnie w tym roku, właśnie w tym dobrym, szczęśliwym Nowym Roku... Wrócą do kraju wygnańcy, odnajdą się zaginieni... Gwiazdy na niebie mrugają, stroją przyszłość w blaski tęczy. Zbywając z pamięci groźby straszliwsze od Lewiatana, wiszące nad światem, ludzie cieszą się, przewidują, że wszystko pójdzie po ich myśli, a równocześnie czas przemija nieubłaganie, czas mierzony zegarami papieża Sylwestra II.

Zofia Kossak, „Rok polski. Obyczaj i wiara”

Odsłony: 71